Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

13.02.2008
środa

Coworking robi karierę także w Polsce

13 lutego 2008, środa,

CoworkingWESPÓŁ, NIE ZESPÓŁ

Coraz więcej osób zamiast w biurze pracuje dziś w domu. Kiedy doskwiera im samotność, szukają miejsc, gdzie mogą popracować w towarzystwie. Coworking robi ostatnio karierę także w Polsce.

O zaletach pracy na odległość pisze się i mówi od dawna. To przede wszystkim szansa dla matek z małymi dziećmi i osób niepełnosprawnych. Ale nie tylko. Coraz więcej ludzi ceni większą swobodę, a także oszczędność czasu i pieniędzy, których nie muszą marnować na dojazdy.

Jest też, niestety, druga, ciemniejsza strona medalu. Kłopoty pojawiają się wtedy, gdy życie zawodowe za bardzo miesza się z prywatnym. Małe dzieci skutecznie potrafią utrudnić wykonywanie profesjonalnych zadań. Sąsiedzi z bloku bywają uciążliwi. Osoby samotne czasami zatracają się w pracy: nad komputerem ślęczą po kilkanaście godzin, tygodniami potrafią nie wychodzić z domu.

– Brak normalnego środowiska pracy powoduje, że tracą do swojego zajęcia dystans. Nie wiedzą, czy pracują źle, czy dobrze, bo nie mogą tego porównać z efektami działania siedzących obok kolegów. Na odległość trudno dzielić się doświadczeniami. W efekcie stają się mniej kreatywni. Trudniej im zrobić karierę – wylicza Marek Pieszczyński, psycholog biznesu.

Pracodawcy nie przejmują się z reguły samopoczuciem swoich telepracowników. Zwłaszcza kiedy pracują oni na umowy-zlecenia. A ci ostatni w większości uważają, że taki układ to i tak mniejsze zło. Tylko niektórzy użalają się na forach internetowych nad swoim losem. I piszą, że znów chcieliby trafić między ludzi.

A problem dotyczy coraz liczniejszej grupy. Z badań firmy doradczej DGA wynika, że co setny Polak pracuje w domu, a co piąty o tym marzy (POLITYKA 49/07). To odwrotnie niż wśród Amerykanów, którym telepraca już dawno obrzydła. Tam ceniący sobie niezależność specjaliści znaleźli dla korporacyjnych biurowców ciekawą alternatywę. Od paru lat zaczęli się umawiać i razem (a raczej obok siebie) pracować w kafejkach lub barach, które udostępniają bezprzewodowy Internet.

Tak właśnie jesienią 2006 r. powstał na Manhattanie ruch Jelly. Jego założycielem jest 27-letni informatyk Amit Gopta, który na swoim blogu zapytał czytelników, czy nie chcieliby z nim popracować. Pierwsze spotkanie odbyło się w jego nowojorskim mieszkaniu, ale już kolejne w pobliskiej knajpce. Pomysł podchwycili inni internauci i dziś spotkania Jelly odbywają się w wielu krajach. Najbardziej zaangażowanym okazjonalne spotkania w knajpkach nie wystarczają, a praca w nich bywa z oczywistych względów krępująca. Dlatego z czasem grupy takich wolnych strzelców – nie tylko w Ameryce – zaczęły szukać dla siebie stałego miejsca. Za niewielkie pieniądze podnajmują pomieszczenia w galeriach sztuki, adaptują na biura stare magazyny.

Są to dla nich tzw. trzecie miejsca. Służą do zawodowych, nie do końca sformalizowanych spotkań. To centra coworkingu (bo tak ochrzczono ten styl pracy). Coworkerzy pracują niezależnie od siebie. Jeśli chcą, mogą łączyć siły nad wspólnymi projektami. Ponieważ nie ma tu szefów, zachowują swobodę i kontrolę nad swoją pracą. W dodatku mają szansę działania w twórczej atmosferze, wśród ludzi inaczej myślących.

Te korzyści sprawiają, że coworking oraz związana z nim fama szybko przysparza mu wyznawców. To właściwe określenie, gdyż jego młodzi propagatorzy są apostołami wartości i zasad towarzyszących wspólnej pracy: otwartości, przejrzystości, tolerancji, budowania wspólnoty, odpowiedzialności. Amerykańscy entuzjaści nie unikają patosu i uderzają w patriotyczne tony. Jeden z założycieli takiego centrum w San Francisco, pisząc o jego ideowych korzeniach, odwołuje się do myśli Benjamina Franklina i wspólnoty pierwszych osadników.

Twórcy podobnych inicjatyw na każdym kroku podkreślają ich społecznościowy charakter, co nie znaczy, że prowadzone przez nich biura są instytucjami non profit. Założyciele tych najbardziej popularnych nieźle na nich zarabiają. Za dostęp do biurka w kultowym HatFactory w San Francisco trzeba płacić miesięcznie 170 dol., ale już w Nowym Jorku, np. w modnej Nutopii, czynsz wynosi 800 dol. Cena nie jest najważniejszym kryterium. Liczy się, kto przychodzi i co robi. Większość przyjmuje fachowców najróżniejszych profesji, lecz popularne są też i te o branżowym profilu. Np. nowojorski Paragraph stworzono z myślą o poetach i dramaturgach.
 

Coworking
Fot. maebmij, Flickr, CC by SA
 

W Polsce coworking również staje się popularny. Świadczą o tym dyskusje na forach dwóch portali dla profesjonalistów: GoldenLine i Profeo. Żeby sprawdzić, na czym on polega, internauci zaczęli się spotykać w knajpkach z hot spotami (stacjami dostępu do Internetu). Od paru miesięcy prężnie działa krakowskie Jelly, gdzie grunt przygotowała Fundacja IT, organizując kampanię „Akcja Kawa: Pracuj w knajpie!”. Restauratorzy, którzy ustawili przed swoimi lokalami stojaki na rowery, udostępnili gościom darmowy bezprzewodowy Internet oraz przesunęli czas otwarcia na 8 rano, otrzymali stosowny certyfikat i darmową promocję w mediach. Krakowskie Jelly tworzy ok. 30 regularnie spotykających się osób. 

– Czas nie mija nam na pogaduchach. Ale gdy okaże się, że będę potrzebowała konsultacji prawnika, to wiem, że mogę liczyć na pomoc kolegi z sąsiedniego stolika – mówi Marta Król. Ona akurat tłumaczy teksty z angielskiego i w ten sposób zarabia na swoje studia. Sławek Myszkowski, jej znajomy, jest chemikiem. Pracuje dla warszawskiej firmy, która wysłała go do Krakowa, żeby miał bliżej do krakowskich fabryk. – Między wyjazdami muszę pisać raporty i wysyłać dziesiątki e-maili. Mogłem to robić w domu, siedząc sam jak palec, ale w lokalu pracuję tak samo efektywnie i mam grono nowych znajomych – tłumaczy Myszkowski. Przemysław Cichoń, nieformalny lider krakowskiego Jelly, nie jest do końca zadowolony. Wprawdzie większość jego nowych znajomych chciałaby w centrum coworkingu pracować, ale tylko pięciu może wspomóc wizję finansowo.

We Wrocławiu za niewielkim lokalem rozgląda się informatyk Marcin Kurdyk. Jeszcze do niedawna, gdy sam pisał programy, mógł pracować wyłącznie w domu. Od kiedy sam zarządza projektami, woli bezpośredni kontakt. – Mogę komunikować się ze współpracownikami przez Internet, ale nie zastąpi to rozmowy. Zwłaszcza gdy człowieka w ogóle nie znam – mówi Kurdyk, który we wrocławskich knajpach spotyka się z pięcioma telepracownikami. Trzech jest informatykami, dwóch handlowcami. – Mógłby do nas dołączyć jeszcze prawnik lub księgowy, który pomagałby rozliczać się z fiskusem – snuje plany.

Pierwsze prawdziwe centrum coworkingu w Polsce (Netguru.pl) skupia ludzi o pokrewnych specjalnościach. Założyło je trzech informatyków z Poznania. Choć od lata pracują razem w wynajętym mieszkaniu i działają pod jednym szyldem, twierdzą, że każdy pracuje na własny rachunek: – Cenimy sobie niezależność i nie zamierzamy z niej łatwo rezygnować – zapewnia Adam Zegadłowicz, jeden z założycieli Netguru. Ubolewa, że mieszkanie, które wynajął z kolegami, jest zbyt małe, żeby wstawić tu kolejne biurka.

Dla 25-latków, którzy większość dorosłego życia spędzili w samotności przed komputerem, idea coworkingu jest czymś świeżym i atrakcyjnym. A przecież podobnie postępowali ich pradziadkowie, gdy zakładali spółdzielnie. Na podobnej zasadzie młodzi ludzie przed paroma laty zachwycili się tzw. homingiem. Tak nazywali organizowane w mieszkaniach prywatki, które po latach znów w Polsce stały się modne. Tyle że coworking to nie moda, która zaraz przeminie, ale prawdopodobnie trwały trend na rynku pracy.

Wraz z rozwojem technologii zanika asymetria w dostępie do informacji. Można z nich korzystać i je przetwarzać praktycznie z dowolnego miejsca. Coraz chętniej korzystają z tego duże i średnie firmy. Dążąc do obniżenia kosztów, redukują etaty, a coraz więcej zadań powierzają samodzielnym fachowcom. (To dlatego w amerykańskich koncernach odsetek ludzi na etatach w ciągu 20 lat spadł z 80 do 25 proc.). Ci jednak, żeby sprostać zadaniom, muszą ze sobą współpracować i to najlepiej pod jednym dachem.

Marek Kosewski, psycholog, profesor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania, uważa, że centra coworkingu nadają się do tego idealnie. – Człowiek pracuje nie tylko po to, żeby zarobić. Chce też, by wykonywane zajęcie miało sens, nie kłóciło się z wyznawanym systemem wartości, dawało poczucie godności. Do tego ostatniego aspektu specjaliści przywiązują coraz większą wagę. A w wielkich korporacjach czy w dużych zakładach ludzie zazwyczaj niewiele znaczą.

Paweł Wrabec

Tekst opublikowany w tygodniku „Polityka” (5/2008).

  
CZYTAJ TAKŻE:

Telechałupnicy. Co setny Polak pracuje w domu. Co piąty o tym marzy. Wprowadzona właśnie ustawa o telepracy powinna ośmielić niezdecydowanych.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Coworking daje naprawdę duże pole manewru. Naprawdę warto spróbować. Prowadzę takie biuro i widzę, jakie korzyści daje wszystkim „coworkerom”. Warto spróbować!

css.php